Od pandemii z miłością i wdzięcznością

Od pandemii z miłością i wdzięcznością May 31, 2020Leave a comment

Kiedy wracałam z Kuby w życiu nie wyobrażałam sobie, że za parę dni znajdę się w Niemczech na następne kilka miesięcy.

Ale to właśnie w takich sytuacjach Ojciec Wszechświat daje nam sytuacje, które z naszymi planami mają niewiele wspólnego. 

Po ukończeniu mojej pierwszej podróży na Kubę pod hasłem Make Friends not War miałam pojechać na weekend do Londynu aby wziąć udział w szkoleniu na obozy językowe, wrócić do Warszawy, a po dwóch  tygodniach wyruszyć na wielkanocny obóz młodzieżowy w Południowej Anglii. 

Udało mi się pojawić na szkoleniu. W sumie częściowo… Mój powrotny lot do Polski został odwołany, atmosfera w Londynie towarzysząca zaczynającej się pandemii dziwna. Czułam raczej złe wibracje panujące dookoła ludzkim strachem i niepewnością. Organizatorzy szkolenia wydawali się być jeszcze bardziej bezradni wobec mnie niż ja sama. Fesjbuskowe grupy Polaków w UK huczały o zarazie. Wiedziałam, że nie chcę zostać w Wielkiej Brytanii, ale nie mogłam się też dostać do Polski za jednym zamachem.

Po kilku rozmowach z moimi przyjaciółmi w Szkocji, Paryżu i Niemczech postanowiłam wziąć autobus do Monachium. Pomyślałam, że skoro nie mogę dostać się do Polski, to przynajmniej podjadę bliżej granicy i zostanę tam bezpieczna przy ludziach, których znam i cenię sobie jako przyjaciół. 

W moim życiu mam duże błogosławieństwo w postaci osób, na które mogę liczyć. Tym razem również dwoje z nich mnie nie zawiodło. Mój kolega Claudio, Czylijczyk  powiedział: “Przyjeżdżaj i możesz zostać tak długo, jak potrzebujesz”. Potem moja przyjaciółka Kasia pozwoliła mi zostać u siebie w domu na bardzo długi okres. 

Dotarłam do Monachium następnego dnia późnym wieczorem. Podróż Flixbusem należała chyba do jednej z najlepszych, jakie odbyłam autobusem ogólnie rzecz biorąc. Miałam całe dwa miejsca dla siebie, kierowca był przemiły, a przesiadka w Dusseldorf przyjemna. Napchałam się podczas niej pysznymi niemieckimi słodkimi wypiekami. 

W Dusseldorfie nie było widać paniki, natomiast dało się odczuć jakiś inny rodzaj spokoju. Być może był to spokój przed burzą.

Wykonałam dwa telefony do mamy i cioci z Poznania. Obie poradziły mi nie spieszyć się do ojczyzny. 

Claudio odebrał mnie że stacji metra Böhmerwaldplatz. Był uśmiechnięty i miły jak zwykle. Często mówi, że prowokuję w nim uczucia ojcowskie. Może. Zmęczona 24 godzinną podróżą z pewnością potrzebowałam trochę tadczynej opieki tamtego dnia! 

“Każdy dostanie wirusa” powiedział Claudio kiedy wchodziliśmy po schodach do jego mieszkania. Nie wiedziałam, co mam myśleć, ale wnioskowałam iż wszystko może się zdarzyć.

Wypiliśmy szklankę czilijskiego wina i rozmawialiśmy przez jakieś dwie godziny zanim poszliśmy spać. 

Następnego ranka ćwiczyłam Jogę przez 20 minut, zjadłam śniadanie z Claudio i zabrałam się do pracy. Zdecydowałam, że wezmę tę sytuację dzień po dniu, lub innymi słowy, potraktuję ją jak jeden długi dzień, który składa się z zupełnie innej perspektywy czasu. 

Dziś mija dokładnie dwa i pół miesiąca odkąd przyjechałam do Monachium. Miasta, w którym mieszkałam jedenaście lat temu. W którym zawarłam przyjaźnie na życie, które ewidentnie się teraz sprawdzają. 

Nie znosiłam Monachium kiedy tutaj mieszkałam. Miasto to nie odzwierciedlało wtedy moich wartości i stylu życia. Teraz jest inaczej. Dojrzałam jako człowiek, wraz z tym Monachium zyskało w moich oczach. I uratowało mnie, kiedy trzeba było ratować. 

Nigdy nie wiemy jak połączą się kropki w naszym życiu, dlatego trzeba iść kropka po kropce i poddać się doświadczeniu przebywanej drogi. Ojciec Wszechświat wie dokąd iść. 

Ten post dedykuję moim przyjaciołom Kasi i Claudio, którzy okazali się przekochani. Nie ma wystarczających słów, jakimi mogę okazać Wam moją wdzięczność. Niech Bóg Was błogosławi! 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *