Stało się. Dostałeś lukratywny kontrakt za granicą i niedługo będziesz podbijał nowy kraj. Zdecydowałeś się wyemigrować na własną rękę, bądź też przeprowadzić na drugi koniec świata za miłością twojego życia. Jakikolwiek jest powód twojej decyzji o przeprowadzce, jedno jest pewne; ekscytacja przeplata się ze strachem. Padają pytania: „Co będzie jak sobe nie poradzę?”, „Ciekawe jak to będzie?” i „Czy sobie dam radę?”

Dasz radę! Przejdziesz też przez pewien ciąg stanów emocjonalnych typowych dla osoby zmieniającej kraj zamieszkania. A będą to:

Faza Pierwsza: Ekscytacja

Wszystko jest nowe i fascynujące. Dostrzegasz to, czego brakuje w twoim ojczystym kraju i jesteś bardzo zadowolny z faktu, że tutaj się znalazłeś. Nareszcie widzisz jak wygląda ‚prawdziwy świat’, a każdy dzień to inspiracja. Poznajesz nowych ludzi, smaki i miejsca. Postanawiasz, że zamieszkasz tu na dłużej i kto wie, może nawet na całe życie.

Faza Druga: Frustracja

Po przysłowiowym wniebowzięciu następuje nie mniej przysłowiowe zejście na ziemię. Zaczynasz dostrzegać to, co już nie jest w danym miejscu takie fajne i wiele rzeczy zaczyna cię irytować. Zdałeś sobie sprawę, że ludzie nie są wcale tacy mili jak ci się wydawało, jedzenie wcale nie takie świetne jak w domu, a pogoda niby lepsza, ale też ma swoje mankamenty.

Pół żartem pół serio powiem fachowym językiem, że w fazie tej można wyróżnić wiele stopni od tymczasowej irytacji do chronicznej frustracji. Zaczynasz narzekać na wiele rzeczy, może nawet chorować i główkować jak się stąd ulotnić.

Faza ta zwykle trwa od miesiąca do trzech, lub trochę dłużej. Niektórzy utkną w niej na zawsze, ale o tym za chwilę.

Faza Trzecia: Akceptacja.

Dochodzisz do siebie i odnajdujesz się w nowym miejscu. Może zaczynasz je nawet kochać, ale tym razem na trzeźwo – zdając sobie sprawę z jego wad. Jest fajnie, masz już rutynę i utrwalone przyjaźnie. Czujesz się jak w domu, lub w sensie przenośnym do domu powracasz!

W skrócie to na tyle jeśli chodzi o same etapy przystosowania się do nowych warunków. Kolejność faz nie jest wyryta w skale i nic nie szkodzi, aby zacząć np. od frustracji, zwłaszcza kiedy przeniosłeś się do nowego kraju za partnerem bądź z desperacji.

Faza frustracji może też trwać całe lata i niestety jest to bardzo popularne zjawisko. Wszyscy chyba słyszeliśmy o koloniach ekspatów lub imigrantów nie integrujących się z lokalną ludnością i narzekających na kraj zamieszkania.

Co robić kiedy rzeczywiście nie odnajdujemy się w danym kraju ale z różnych względów nie możemy po prostu spakować się i wyjechać?

Oprócz nauki lokalnego języka, na co rozumiem że nie wszystkim nam jest łatwo się zdecydować, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia np. z chińskim czy wietnamskim, chyba najlepszą metodą jest udzielić się w jakiś sposób lokalnej społeczności. Zorganizować jakiś fajny event, zgłosić na wolontariat lub też założyć własne kółko zainteresowań. Może nie od razu to odpali, ale nie można się zniechęcać Powoli poznasz nowy kraj ‚od podszewki’ i może nawet go polubisz. Jak wiadomo nic nie przepędza tak smutków jak to uczucie kiedy wiesz że komuś pomagasz i inspirujesz go do nowych rzeczy!

Kiedyś w Wietnamie poznałam chłopaka który mieszkał w Chinach. Powiedział mi coś interesującego. Mianowicie, że każdy cudzoziemiec przechodzi tam przez ten sam etap: najpierw się Chinami fascynuje, potem ich nienawidzi żeby w końcu je pokochać. A jakie są wasze doświaczenia? Czy zdarzyło się wam kiedyś utkwić na stałe w drugiej fazie? A może cały pobyt był jedną wielką fazą numer pierwszą? Zapraszam do dyskusji w komentarzach!

Podziel się