Kambodża po Tajlandii powoli staje się dla Polaków jednym z najpopularniejszych krajów Płd-Wsch. Azji, który warto odwiedzić. Kraj złotej ziemi, rajskich plaż oraz niełatwej, ale bogatej historii zdaje się podbijać serca rodaków z dnia na dzień. Już niedługo będzie ochodzić swoją rocznicę fejsbukowa grupa „Zabujani w Kambodży” z inicjatywy dwóch Panów z Polski, którzy na początku lat 90-tych stacjonowali w tym pięknym kraju wraz z wojskami ONZ.

Nie ma się co dziwić. Jest to bez wątpienia wyjątkowe państwo na tle swoich sąsiadów, ponieważ mimo iż nie dościga rozwojem ekonomicznym Tajlandii, czy pędzącemu do przodu Wietnamowi, nie emanuje tak intensywną buddyjską energią jak Mjanma, Kambodża ma w sobie to „coś”. Kraj fascynuje, a nawet uzależnia. Jak się pojedzie raz, to się wraca. I to niekoniecznie w inne miejsca, jak w przypadku Tajlandii. W Kambodży nawet dwa razy w tym samym miejscu nie są takie same.

Do tego Khmerzy. Zawsze uśmiechnięci, zrelaksowani, ale zarazem pracowici i niesamowicie uczynni. Nie można tego nie zauważyć. Skoro mowa o ludziach, przejdźmy więc do odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule:

Czego my – Polacy możemy nauczyć się od Khmerów?

Pogody Ducha

Wiadomo, że jak śweci słońce to niby łatwiej o dobry nastrój. Z drugiej strony jednak, mówi się też, że jak ludzie mają zapewnione godziwe warunki materialne, to się wtedy nie martwią i i nie dziwi fakt, że figurują na szczytach list nacji „najbardziej zadowolonych z życia”. Jeśli mielibyśmy sugerować się jednym lub drugim wyżej wymienionym, to Khmerowie o pogodzie ducha mogliby zapomnieć.

A zdaje się być właśnie na odwrót. Nic tylko brać przykład, bo choć w Polsce trochę mniej słońca niż w Kambodży, to i biedy mniej, więc tak dzieląc na pół wyjdziemy mniej więcej na równo!

Dystansu do Przeszłości

Słyszałam od paru osób, (miejscowych i cudzoziemców zamieszkałych w Kambodży), że w kambodżańskich szkołach nie uczy się dzieci o brutalnej historii kraju za czasów Pol Pota. Trudno jest mi zweryfikować tę informację tak od zaraz, więc nie podaję jej jako faktu, nie mniej jednak coś w tym jest. Kambodżanie z natury niechętnie mówią na ten temat i zazwyczaj są bardziej ciekawi tego jak żyjemy my – goście odwiedzający ich kraj. Nie widzą żadnych emocjonalnych korzyści w rozdrapywaniu ran, o co u nas bardzo trudno. Chyba nie należy dodawać, że gdyby chcieli, mogliby ‚drapać’ do woli, bo rana jest i to głęboka. Można powiedzieć że nawet bez dna, biorąc pod uwagę, że największy tyran w historii narodu nawet nie poniósł kary za zbrodnie na swoich własnych ludziach.

Czyżby Khmerowie wyznawali zasadę „Ignorance is a bliss?” („Ignorancja jest błogosławieństwem?)

Życia w teraźniejszości, czyli TU i TERAZ 

W Kambodży, jak zresztą we wszystkich krajach Płd-Wsch Azji, żyje się w czasie teraźniejszym. Jest to chyba typowe dla miejsc, w których dominuje Buddyzm. Umysł nie goni za tym, co będzie jutro, za miesiąc lub za dwa lata. Ludzie mają w sobie taką naturalną akceptację, no to co się dzieje i nie kłócą się z rzeczywistością. Nie znaczy to, że nie mają marzeń i celów życiowych. Wielu z nich ma, niestety niewielu ma takie możliwości jak my Polacy aby je osiągnąć. I tutaj znowu kłania się następna rzecz, której możemy się nauczyć od Khmerów, a mianowicie jest to:

Wdzięczności

Niekoniecznie taka, że przeciętny Khmer co ranek bije pokłony za każdy promień słońca. (Choć na marginesie, to wcale nie taki zły pomysł!) On po prostu uśmiechem komunikuje, że jest dobrze. Jest zadowolony, że żyje, że dostał o dwa dolary więcej za kurs, że może spędzić wieczór w towarzystwie przybyszów z Zachodu i mimo to, iż pewnie nigdy nie będzie mu dane żyć na takim poziomie jak owym turystom, nie odczuwa się od niego ani żalu, ani zawiści.

Jeden z kierowców Tuk Tuk’a w średnim wieku, z którymi jadłam kolację podczas mojej ostatniej wizyty w Phnom Penh opowiadał mi trochę o swoich finansowych problemach. Ile płaci za rachunki i czynsz i że po opaceniu wszystkiego mało co zostaje na życie. Dla niektórych z nas to może brzmieć znajomo. Jednak nie było w jego głosie pretensji do świata czy rządu za zaistniałą rzecz. Raczej smutek, bo na pytanie czemu się nie ożenił odpowiedział, że żadna kobieta go nie zechce, bo jest po prostu za biedny. Było mi przykro to słyszeć (stąd też tekst o najseksowniejszym kierowcy Tuk Tuk’a!), ale rozmowa jak i kolacja została zakończona w dobrych nastrojach.

Uśmiechu

Podczas wizyty w Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng S-21 zauważyłam przed wejściem małe stoisko z książką o człowieku, który jako jeden z bardzo nielicznych przeżył to okrutne miejsce. Kiedy już wychodziłam po zwiedzaniu, w owym miejscu siedział starszy mężczyzna. Popatrzyłam na niego, potem na foto na okładce książki; taki sam. Mężczyzna miał lekki uśmiech na twarzy. „Chyba jaja sobie robią” – pomyślałam. „Jak ofiara tak wrednego miejsca może się uśmiechać? Może chcą tak zarabiać pieniądze, na podstawionym człowieku…” następna myśl. Przeglądam książkę, zdjęcia mówią same za siebie, a panie towarzyszące ocalonemu mężczyźnie są niezmiernie miłe i w tym momencie robi mi się głupio. Książki nie kupuję, bo już samo zwiedzanie muzeum było emocjonalnie wyczerpujące i wiem, że będę bała się ją czytać. Ale zostawiam donację i robię sobie z Panem zdjęcie, a on nadal się uśmiecha. Potem z fejsbukowego komentarza pod zamieszczonym przeze mnie zdjęciem dowiaduję się od kolegi, że był to nikt inny jak sam Chum Mey, jeden z nielicznych ocalałych.

A skoro już otarłam o temat ludobójstwa w Kambodży, to pragnę zakończyć ten post taką małą-wielką refleksją.

Chyba nie jestem jedyną osobą, której nie mieści się w głowie fakt, że zarówno Pol Pot jak i większość jego ludzi praktycznie nie ponieśli kary za popełnione zbrodnie na swoim narodzie. Zbrodni, sięgających niewyobrażalnych granic. Można się unosić, że nie ma na świecie sprawiedliwości i tyranom zazwyczaj udaje się uniknąć kary.

Uważam, że Pol Potowi i jego ludziom się to nie udało. Co prawda, większość z nich nie poniosła kary w sensie fizycznym, ani nawet moralnym, ale jeśli przyjrzeć się mieszkańcom Kambodży, rzeczywistość mówi sama za siebie.

Przeciętni Khmerowie nie tylko stosunkowo szybko się otrząsnęli, ale również na nowo się odrodzili. Mimo codziennych trudności idą przez życie z pokorą i uśmiechem na twarzy. Mają wyżej opisane pogodę ducha i wdzięczność, są życzliwi i uczynni. Wielu z nich mówi w jęz. angielskim, którego biegłość opanowali sami, bez wakacji w Stanach lub wyjazdu za ‚chlebem’ do Anglii, bo po prostu nawet wyjechać nie mogą.

Spotkałam nawet mówiących po angielsku młodych ludzi na wioskach gdzie nie docierają turyści. Gdyby Pol Pot się dowiedział, to by się w przysłowiowym grobie przewrócił. On, który chciał wybić wszelką inteligencję…

Reżim Pol Pota nie tylko nie zwyciężył. Choć zabił ponad milion mieszkańców Kambodży z drugiej strony wzmocnił też jej społeczeństwo, a wielu tyranom i totalitarnym ustrojom politycznym udaje się ludzi emocjonalnie sponiewierać i zatruć fałszywą filozofią na pokolenia. Przykładów chyba nie trzeba szukać daleko. To jest właśnie ta kara. Niewidoczna na pierwszy rzut oka, ale odczuwalna w relacjach z Khmerami.

I tutaj kłania się pytanie tytułowe, do którego można sobie samodzielnie wyciągnąć wniosek.

Zakończę z uśmiechem i tonem z lekka uniosłym, jak zakończenie tego artykułu:

Uczmy się od Khmerów!

 

Podziel się