Na początek muszę powiedzieć, że nie jestem fanką słowa „emigracja”. Kojarzy mi się ono z przymusowym wyjazdem z kraju ‚za chlebem’ i często lepszym standardem życia, co przynajmniej w moim przypadku było bonusem, a nie celem samym w sobie. Wyjechałam z założenia, że życie mamy jedno i trzeba je przeżyć w miarę możliwości tak aby dać z siebie sto procent, a nie zawsze jest to wykonalne w miejscu naszego urodzenia.

Pozwólcie mi zatem zastąpić to słowo określeniem „Nomad” czyli tak z lekka koczownik – ktoś, kto pomieszkuje w wielu miejscach, zmieniając je dość regularnie.

Tyle co do terminologii. W sumie jak zwał tak zwał, najważniejsze jest to, że po pobycie z dala od kraju pochodzenia człowiek już nigdy nie wraca taki sam. Nawet najbardziej oporny wyciąga wnioski i uczy się wielu nowych rzeczy. Zarówno o sobie, jak i o świecie.

Postanowiłam zebrać w jedną całość moje dotychczosowe doświadczenie ‚koczownicze’ i podzielić się tym, czego mnie ono nauczyło. Trochę się tego nazbierało, a mianownikiem tego tekstu jest odpowiedzenie sobie na następujące pytanie: czy emigracja to szansa, czy konieczność?

Zaczynamy więc po kolei:

Włochy – otwartość na ludzi, zwłaszcza starszych. Stało się tak dlatego, że pracowałam w miejscu gdzie, spotykałam głównie starsze osoby. Wniosek był taki, że często ludzie nie za fajnie dużo mówią, ale w głębi duszy nie mają złych intencji. Po prostu ludzie potrzebują ludzi.

Nauczyłam się też celebrowania posiłków. Codzienne nakrywanie do stołu i duży nacisk na to, aby jadać razem z rodziną, przyjaciółmi itp. Do dziś, kiedy mam gości, nie usiadłabym do stołu bez choćby papierowej serwetki przy talerzu postawionym na skrawku obrusa.

Hiszpania – to był krótki okres pobytu i niestety raczej ciężki dla mnie, ponieważ byłam bez pracy, znajomości języka, a co najważniejsze; bez pozwolenia na pracę. Były to czasy jeszcze przed Unijne…

Może dlatego byłam bardziej podatna na negatywne sytuacje, w których to dostrzegłam że ludzie mogą być pazerni, chciwi i może być niebezpiecznie nawet na ulicach tak rozwiniętego kraju jak Hiszpania (mieszkałam w Madrycie). W związku z tym my – Polacy nie mamy sobie czego zarzucać.

Kolumbia – samodzielności i zaradności. Mieszkałam z moim byłym chłopakiem – Kolumbijczykiem, który to pewnego dnia po prostu stwierdził że czas dołożyć się do utrzymania i wysłał mnie na poszukiwanie pracy w Bogocie – stolicy Kolumbii. Oczywiście bez żadnego pozwolenia na zatrudnienie, oraz większych kwalifikacji (znajomość angielskiego i włoskiego były moją jedyną wtedy przydatną umiejętnością). Pracę znalazłam. Nielegalną, w najlepiej strzeżonym hotelu w kraju, prowadzonym przez wojsko z inicjatywy kolumbijskiego rządu. Takie rzeczy tylko w Kolumbii!

Kraj ten nauczył mnie również tego, że ludzie potrafią być bezinteresowni. Może ma to związek z moją osobistą sytuacją i nie odnosi się do całej Kolumbii jako takiej, ale niewątpliwie był to pierwszy raz w moim życiu, kiedy byłam całkowicie na utrzymaniu ‚obcych’ ludzi – rodziny mojego byłego chłopaka, którzy nawet przez moment mi tego nie wypomnieli. W Kolumbii nie byłam na emigracji, może i dzięki temu byłam ‚jedną z nich’ i było rzeczą oczywistą, że jestem. Nie musiałam sobie na to ‚zapracowywać’.

Szkocja – dobrej zabawy i lekkości bytu. Choć momentami było ciężko samej znów w nowym kraju, to udało mi się stworzyć piękne wspomnienia. Po raz pierwszy poczułam, że mogę ubrać się w to co chcę, być sobą i nikomu nic do tego. Wielka Brytania jest jednym z niewielu krajów na świecie, gdzie naprawdę można poczuć się sobą w pełnym tego słowa znaczeniu.

Anglia – wolności bycia sobą, elastyczności wypowiedzi. Co przez to rozumiem? Tutaj, podobnie jak w Szkocji czułam się wolna od osądów i miałam pewność, że mogę być sobą i nikt nie ma nic do tego. Zawarłam wiele przyjaźni z ludźmi z różnych warstw społecznych i kultur, co było dla mnie (i nadal jest) jedną z największych życiowych wartości. Język angielski jest bardzo bogaty w słowa i można się w nim wypowiedzieć o jednej rzeczy na wiele sposobów. Udało mi się tę sztukę opanować, a przy okazji nauczyć się tzw. „Small Talk”, co użyte w odpowiednim momencie od razu kradnie serca Anglików  Zdaje się dość dobrze funkcjonować również w interakcji z przedstawicielami innych nacji!

Niemcy – chyba nie będę tutaj oryginalna gdy uznam, że było to dbanie o detale. Wiadomo, chyba jest to najlepsze miejsce do tego! Wzmocniłam moją skrupulatność w obowiązkach roboczych.

Z drugiej strony… Może dlatego, że mieszkałam w Monachium – miejscu raczej konserwatywnym, z moim raczej nietuzinkowym sposobem bycia, niestety nie miałam wrażenia aby pobyt w tym kraju wzmocnił mnie jakoś w postaci nabycia nowych umiejętności. Niemniej jednak, podziwiam i wręcz uwielbiam niemiecką pasję do poezji, filozofii i umiejętność prowadzenia intelektualnych konwersacji na wysokim poziomie. Myślę, że my Polacy częściowo mamy to z Niemcami wspólnego, że myślimy detalicznie i często zagłębiamy się w temat rozmowy. Niemieckie kino pozostaje moim ulubionym do dzisiaj.

Madagaskar – mimo, że spędziłam tam tylko trzy miesiące, w pewnym momencie poczułam się na tej pięknej wyspie, jak w domu. Śmiem twierdzić, że przeszłam tam jakąś całkowitą metamorfozę. Po pierwsze, naprawdę zdałam sobie sprawę z tego co znaczy bieda i kiedy kraj/rząd naprawdę nie dba o swojego obywatela. Tutaj od razu nasunął mi się wniosek, jak my Polacy nie doceniamy tego co już mamy i widzimy się jako jeden z zacofanych krajów, ale z drugiej strony nie chcemy porównywać się właśnie z tymi krajami, bo uważamy że jesteśmy lepsi. Ten kontrast dał mi dużo do myślenia. Ponadto, poczułam się bardzo pewna siebie jako kobieta. Obserwując moje madagaskarskie koleżanki, które widzą jedyna szansę na awans społeczny w ożenku z białym mężczyzną uświadomił mi że powinnam na serio docenić szanse jakie mam jako kobieta z Europy – zarówno co do kariery, jak i awansu społecznego.

Wietnam – Od czego tu zacząć? Wietnam nie jest łatwym miejscem do życia dla singielki z Zachodu. Ludzie są tutaj jeszcze dość naznaczeni mentalnie przez komunizm, często brakuje im pasji do życia i uśmiechu. Taka jest przynajmniej moja obserwacja. A jednak… Wietnam nauczył mnie zaufania, że wszystko, nawet najbardziej skomplikowana sytuacja się rozwiąże i to z pozytywnym zakończeniem. Po za tym wzmocnił mnie psychicznie, bo był dla mnie jak wojsko, które musiałam zaliczyć żeby tu przetrwać. Prowadzenie godzinami skutera w milionowym korku, zawiłe ulice i adresy nie mające sensu, non-stop ludzie, z którymi trudno jest się porozumieć za pomocą nawet ich ojczystego języka bo nie starają się ciebie zrozumieć…. Nagrodą było to, że w tym całym zgiełku nauczyłam się luzu.

Tajlandia –  spokoju wewnętrznego. Może to za sprawą spokojnej energii udzielającej się w tym pięknym kraju, może zapierającej dech natury…. Azja generalnie uczy spokoju i zaufania, że wszystko w życiu płynie i ma swój naturalny porządek, któremu warto jest się po prostu poddać. Zamiast stresów i planowania kawy z koleżanką na dwa tygodnie w przód, po prostu żyć spontanicznie, bo życie jest tu i teraz!

No wlasnie, żyć. Na emigracji – koczowniczo, lub zapuszczając korzenie. Najważniejsze jest to, aby nigdy nie przestawać się uczyć!

*Ten tekst jest pełną częścią artykułu, który ukazał się na blogu The Blond Travels pt. „Czego nauczyła mnie emigracja?” 

Podziel się