Prowadzenie własnego biznesu było moim marzeniem od dawna. Gdzieś, wgłębi serca wiedziałam, że chcę kreować swoją zawodową rzeczywistość, z drugiej jednak strony, czułam, że nie mam wystarczającego doświadczenia aby zacząć. Do tego dochodziła auto-krytyka w postaci myśli takich jak; „Nie mam potrzebnej wiedzy”, „Nie czuję się na siłach”., „Nie mam pojęcia jak zacząć”. Pewnie po części miałam rację, bo pewnych umiejętności nabywa się z czasem, który winien być wypełniony rozwijaniem swoich umiejętności i przede wszystkim pracą nad sobą. Kiedy ludzie pytali mnie, co takiego chciałabym robić w życiu, nie miałam odwagi im odpowiedzieć. Już na samo przedstawienie ludziom mojej biznesowej wizji (która wtedy dopiero raczkowała) było mi najzwyczajniej głupio.

Powoli zaczęłam zmieniać zdanie podczas mojego trzymiesięcznego pobytu na Madagaskarze. Przesiadując godzinami na słonecznym tarasie domu, z laptopem na kolanach, podczas blogowania (wszystkie posty z tego okresu niestety przepadły…) olśniło mnie; jak świetnie byłoby pomagać online ludziom w nauce angielskiego, a przy tym w spełnieniu ich marzeń!

Zdałam sobie sprawę z czegoś, co teraz jest dla mnie bardzo oczywiste, ale wtedy takie nie było; jak my, ludzie Zachodu jesteśmy wkręceni w fałszywie stworzony dramat zarabiania pieniędzy i robienia kariery. Ludzie nazywają to Wyścigiem Szczurów, ja natomiast wyobraziłam sobie psa, który biega w kółko, goniąc własny ogon. Nie zatrzymuje się. Nie bierze przerwy. Biegnie za kasą, która jest głównym celem, celebrując ją drinkiem w piątkowy wieczór.

Zanim jednak otworzyłam firmę, minęły jeszcze następne trzy lata. Wypełnione one były podróżami, setkami pomysłów, które nigdy nie ujrzały światła dziennego, ludźmi, którzy z biznesem mają mało wspólnego, ale byli pierwsi, aby doradzać, oraz rokiem pobytu w Wietnamie, gdzie uczyłam angielskiego. Kraj ten przetestował mnie na wszystkich możliwych poziomach. Byłam wyczerpana fizycznie poprzez wielogodzinne prowadzenie skutera w spalinach i niewyobrażalnym korku sajgońskich ulic, mentalnie od nie przerywalnej walki z barierą językową i oddawaniu mojej cennej energii, starając się nauczyć 45 krzyczących dzieci w klasie.

Choć doceniam moje ‚wietnamskie doświadczenie’, nie odnalazłam się w tym kraju i w końcu niemalże z niego „uciekłam”, na dodatek chora na Dengę*. (Na szczęście jej najlżejszą formę!)

Po pełnym przygód czasie w Płd-Wsch Azji postanowiłam wrócić do rodzinnego kraju. Była to nie banalna decyzja, ponieważ za granicami Polski spędziłam 16 lat i tak naprawdę, nigdy nie mieszkałam tutaj w moim dorosłym życiu. Ten jakże ważny krok, okazał się jednak być czymś naturalnym.

Wróciłam po to, by stworzyć coś, co będzie moje. Coś, czego nikt mi nie odbierze i co będę mogła zabrać ze sobą, gdziekolwiek się udam.

Jakkolwiek pięknie to brzmi, łatwo nie było. Pierwsze cztery miesiące spędziłam na ogólnym próbowaniu tego i owego, kontaktowaniu ludzi, z którymi liczyłam na satysfakcjonującą współpracę, pisaniu tekstów na zlecenie oraz blogowaniu. Nie muszę chyba dodawać, iż żyłam z oszczędności, ponieważ nie zarabiałam nic. Następnie przeprowadziłam się do Warszawy, gdzie spędziłam pierwsze od 16 stu lat, cudowne lato w Polsce pracując dla turystycznego start-upu prowadzonego przez pewnego Hindusa w moim wieku, który mimo tego, iż nie co końca się rozumieliśmy, był jedyną osobą która za moją pracę oferowała mi warte jej wynagrodzenie. To była wyśmienita okazja, aby nauczyć się podstaw prowadzenia własnej firmy.

Próbowałam też współpracować z małymi biznesami. Świadomie postanowiłam unikać tych dużych, ponieważ nie chciałam ‚biegać za własnym ogonem’, ale wkrótce zobaczyłam, że równie dobrze mogę z za nim biegać pracując w małych biznesach. Oferty typu ‚tysiąc złotych na start’ bez listy obowiązków do wykonania, lub „popracujesz dla nas za darmo przez miesiąc, a potem będziemy myśleć, co dalej’ to chyba normalne w krajach takich jak Polska, gdzie kapitalizm jest jeszcze jak trzylatek biegający z (tępym) nożem w ręku.

Parę niepoważnych propozycji pracy oraz nie do końca empatyczni i dojrzali zleceniodawcy pozostawili mnie bez wyboru jak ‚rozpocząć moją własną legendę’. Nie wspominając o napotykanych mężczyznach, którzy gotowi są ‚dać pracę’ lub ‚zaoferować’ pomoc i tak naprawdę marnują tylko twój czas licząc na coś, co sami sobie ubzdurali, ponieważ poniosło ich ego. W Środkowej Europie XXI wieku nadal nie możesz być mądra, sexy oraz przyjacielsko nastawiona do ludzi…

Pewnego dnia czytałam o technice „The Work” stworzonej przez Byron Katie. Polega ona na kwestionowaniu własnych myśli, po czym odwróceniu ich. Zdecydowałam się zastosować. Myśl, która mnie wtedy prześladowała to: „Ludzie cię wykorzystują”. Odwróciłam ją na: „Ty się wykorzystujesz”.

To było wszystko, co musiałam wiedzieć.

Zdaję sobie sprawę, że to co opisuję, może brzmieć jak inspirująca historia z happy end’em. To nie tak. Zaczynając własny biznes było o wiele trudniejsze niż napisanie tego posta. Nie byłam w stanie tego dokonać bez pomocy paru osób, które mnie wspierały i wierzyły w mój potencjał, kiedy ja, poza wewnętrznym strachem o to, jak to będzie nie czułam nic.

Dobre wieści są takie, że to nie koniec, a dopiero początek!

Chciałabym zadedykować ten post moim przyjaciołom i bliskim znajomym: Marcinowi Wsół, Robertowi Koziukowi, Kindze Orkisz, Małgosi Burek oraz Markowi Rusakowi. Dziękuję Wam, że pomogliście mi osiągnąć niemożliwe!

*Denga – tropikalna choroba występującą w Azji, Australii, Ameryce Środkowej i Afryce.

Podziel się