Powrót do Polski po latach emigracji nie należy do łatwych zdarzeń. Dlatego warto już przed wyjazdem ustalić sobie cele, które chcemy osiągnąć, ponieważ da nam to coś, na czym możemy się skupić, zwłaszcza, kiedy dopada nostalgia za światem i serce najchętniej uciekłoby z powrotem tam, skąd przybyło.

Spędziłam poza krajem szesnaście lat. W pierwszym miesiącu powrotu, ustaliłam sobie trzy cele:

Jeden: Zbudować biznes który będę mogła zabrać ze sobą w każdy zakątek świata.

Dwa: Naprawić relację z moją mamą.

Trzy: Zakochać się.

Zanim jednak cokolwiek z wyżej wymienionych zaczęło przybierać formę namacalną oraz prowadzić mnie w odpowiednim kierunku, dane mi było doświadczyć kilku perturbacji na ścieżce zawodowej naznaczonej współpracą z osobami, z którymi tylko na pozór było mi po drodze, ale bez których nie byłabym w stanie spełnić celu numer jeden. Aby bowiem wiedzieć czego się chce, warto dowiedzieć się czego się nie na pewno chce.

Co do zakochania, chodziło mi o takie z wzajemnością. Oczywiście nie było to całkowicie pod moją kontrolą, natomiast było dla mnie jasne, że chciałam, aby to był ktoś, kto mieszka w Warszawie. Miałam dość związków na odległość. Widziałam siebie raczej z kimś, kto podobnie do mnie kocha przemierzać świat i widzi siebie w wielu jego miejscach.

Stało się.

W październiku zeszłego roku założyłam moją własną firmę. Łączę naukę angielskiego z mentorigiem motywującym do zmian w myśleniu i podejściu do życia. Sprawia mi to ogromną frajdę, ponieważ traktuję to zajęcie jako misję w przyczynieniu się do pokoju na świecie. Pokój zaczyna się od wewnętrznego spokoju i jasnej komunikacji ze sobą oraz światem. Jęz. angielski jest najpowszechniejszym w komunikacji na skalę globalną. Kropka. 

Cele numer dwa i trzy zgrały się ze sobą w magiczny sposób, ponieważ na pozór odmienne, miały ze sobą wiele wspólnego.

Już od dawna wiedziałam, że moja relacja z mamą wpływa na moje związki, ponieważ jest to otrzymana przeze mnie energia miłości, którą przekazuję dalej. Wiedziałam, ale nie chciałam tego zaakceptować, bo nie byłam do tego wystarczająco dojrzała.
Życie postawiło mnie w sytuacji, gdzie spotykając kogoś, w kim się zakochałam, dostałam szansę uzdrowienia mojej relacji z rodziną, a przy okazji pracy nad nowym związkiem.

Nadal jestem w procesie. Trzy cele już wydawały się być osiągnięte i zacierałam ręce do triumfu, bo moja praca od podstaw popłaciła wynagradzając mnie za to wewnętrznym spokojem, że zmierzam w odpowiednim kierunku. Praktykowałam bezwarunkową miłość, w której istnienie nadal nie wierzy wiele osób. Idealiści, tacy jak ja, lubią pchać się w skomplikowane sytuacje, myśląc, że zbawią świat. Zarówno w moją działalność jak i związek weszłam na całość, zgodnie z powiedzeniem; „To jak robisz ‚coś’ jest tym jak robisz ‚wszystko’. Starałam się przy tym zachować zdrową przestrzeń dla siebie, co jest chyba jedną z najtrudniejszych sztuk życia. Nie spodziewałam się drastycznej zmiany okoliczności.

W ciągu paru dni cel numer trzy rozstrzelił się na milion kawałków.

Polecam nie stawianie sobie oczekiwań. Wtedy każdy upadek znaczy tylko tyle, że można zmienić kierunek wędrówki. Czasem nie istotne jest jak skrupulatnie wejdziemy w osiąganie celów i projektowanie przyszłości. Po prostu nie zawsze możemy do końca wszystko zaplanować i kontrolować. Niektóre rzeczy wymagają rozwoju i czasu, który tak bardzo chcielibyśmy oszukać. I może to dobre wieści, bo czasem jest dobrze dać się życiu zaskoczyć i zaufać w jego proces.

Cel osiągnięty na 2.5. Miłość mogę również zabrać wszędzie ze sobą, bo jest we mnie.

Podziel się