Mój pierwszy paszport wyrobiłam sobie dopiero w 1999 roku mając 19 lat. Nigdy przedtem nie miałam okazji wyjechać za granicę, mimo tego, że bardzo o tym marzyłam. Dopóki nie miałam możliwości wyjazdu nie było więc sensu składać podania o paszport.

Od tego momentu upłynęło już kilkanaście lat i mój pierwszy paszport zdołał się już nawet przeterminować, więc wyrobiłam sobie nowy, i to w zaawansowanej wersji elektronicznej!

Mój pierwszy paszport za to pamięta czasy, kiedy wylatując z Polski musiałam mieć wykupiony od razu bilet na powrót, a w danym kraju mogłam przebywać określoną liczbę dni lub tygodni. Nie było łatwo. Mieszkając np. we Włoszech mogłam przebywać tam legalnie jako ‚turystka’ tylko do trzech miesięcy. Gdybym sobie ten pobyt przedłużyła, oznaczałoby to, że jestem tam nielegalnie, czyli „Clandestina”*.

Podobnie było w Hiszpanii. Miałam już wtedy dokumenty uprawniające do legalnego pobytu i pracy we Włoszech, ale nie pozwalały mi one na to w Hiszpanii. Spędziłam tam 4 miesiące bezskutecznie szukając zatrudnienia, bo jakiekolwiek mi zaoferowano, zaraz zmieniano zdanie, kiedy wychodziło na jaw że nie mam “los papeles”, czyli dokumentów uprawniających do legalnej pracy.


Cóż, mój polski paszport nie powalał nikogo na kolana. Nie byłam obywatelem Unii, więc drzwi do pewnych obszarów życia, które dla jednych są podstawą prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie (czytaj: prawo do zamieszkania i legalnej pracy) dla mnie pozostawały zatrzaśnięte.

W Kolumbii już było inaczej. Mimo, że byłam posiadaczką tego samego paszportu oraz nie miałam pozwolenia na pracę i tak udało mi się ją znaleźć. Zostałam dwujęzyczną recepcjonistką! I to nie byle gdzie, tylko w najważniejszym hotelu w Bogocie należącym do Armii Kolumbijskiej! Hotel, z racji tego, że był najlepiej strzeżonym hotelem w mieście (przypuszczam że i w całym kraju) był odwiedzany przez polityków, gwiazdy i gwiazdeczki. Długo tam miejsca “nie zagrzałam”, ale zdobyłam bezcenne doświadczenie i mogłam rozkoszować się bardzo uprzejmym traktowaniem mnie przez współpracowników. W Kolumbii bowiem uwielbia się obcokrajowców. Nie wiem, czy ze wszystkich krajów świata, ale na pewno z większości. Nie ma ich tam wielu, a Kolumbijczycy kochają swój kraj i traktują przybysza z zewnątrz raczej jak błogosławieństwo niż najazd wroga. Dla przypomnienia Indianie kiedyś tez tak tam postępowali i źle się to dla nich skończyło… Tym bardziej gratulacje za otwartość i odwagę!


Tak więc ja jako Polka w Kolumbii, byłam traktowana jak księżniczka. W przeciwieństwie do Europy czy USA, byłam pewnie jedną z nielicznych osób z Polski i to stanowiło o mojej wyjątkowości. Byłam z dalekiego kraju, który nigdy nic Kolumbii nie zawinił, wiec byłam oryginalna, ciekawa i z założenia dobra. Pewnie nasz Papież też się w jakimś stopniu do mojej popularności przyczynił, bo Kolumbia to katolicki kraj, choć mnie do świętości raczej daleko.


Nie mniej jednak, dlatego iż nie byłam legalnie zatrudniona, a dokumentów pracodawca nie zamierzał mi wyrobić, zmuszona byłam odejść z hotelu. Od tamtego momentu już nigdzie nie zostałam w Kolumbii zatrudniona. A może wcale nie byłam taka lubiana jak mi się wydawało?

W międzyczasie wiele się zmieniło. W roku 2004 Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Granice się otworzyły i choć jeszcze nie mogliśmy pracować legalnie we wszystkich krajach wspólnoty, to trzy przemiłe kraje takie jak Irlandia, Wielka Brytania i Szwecja otworzyły rynek pracy dla Polski i pozostałych nowych członków z Europy Centralnej. Już nie byłam „Clandestiną”* i nie musiałam szukać pracy bez „papeles”*. Wyjechałam z Kolumbii i wkrótce po tym wyruszyłam do Szkocji, gdzie błyskawicznie i bez problemu znalazłam pracę. Rozpoczęłam nowy rozdział w moim ‚legalnym’ życiu.


Ba! Mogłam też – i oczywiście nadal mogę – podróżować (niemal) po całej Europie z biletem w jedną stronę! 

Teraz, kiedy już zwiedziłam połowę Europy, kiedy nawet do wielu krajów poza kontynentem mogę jechać bez wizy, czasami zapominam jak to było kiedyś, kiedy nie mogłam sobie ot tak gdzieś pojechać. Natomiast moja mama w czasach komunizmu w ogóle nie miała paszportu, a prawo do jego wyrobienia nie było wcale takie oczywiste.

Paszport może otwierać wiele drzwi na świat, ale może również określać w którym kierunku je otworzy.

*Clandestina/o – z hiszpańskiego i włoskiego, osoba bez dokumentów, mieszkająca nielegalnie na terenie danego kraju. *Papeles – z hiszpańskiego ‚papiery’, dokumenty…  

Podziel się